Bloog Wirtualna Polska
Jest 937 565 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Srebrniki

czwartek, 09 grudnia 2010 20:07

Wsiadłem do powozu i zająłem wygodnie miejsce. Widok szklanej butelki wypełnionej zielonym napojem nie mógł ujść mej uwadze. Zielona wróżka od początku naszego spotkania próbowała ze mną flirtować. Ja, jak przystało na dobrze wychowanego młodzieńca, nie mogłem pozostać obojętny wobec tych wyraźnych zalotów. Kiedy pierwsze krople wznieciły moje nieokiełznane pożądanie, poczułem przyjemne ciepło wypełniające moją duszę i ciało. Nie minął jeszcze kwadrans, a będąc już w jej objęciach patrzyłem na świat z innej perspektywy. Wydawał się teraz jakby weselszy, bardziej przyjazny.

 

Za oknem panował mrok, który swym płaszczem okrył już wszystko, nie oszczędzając nawet delikatnego blasku księżyca, który nieskutecznie próbował wyrwać się ze szponów czarnych jeźdźców.

 

Usłyszałem jak stangret potraktował konie biczem, nie mając przy tym litości. Biedne zwierzęta posłusznie przebierały swymi kopytami coraz szybciej. Przed wyjazdem uprzedziłem Laurenta, że mamy bardzo mało czasu.

 

A wszystko rozpoczęło się, kiedy w południe otrzymałem list, który zawierał tragiczną informację o śmierci mego ojca. Uroniłem kilka żałobnych łez, jednak nie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, aby przepełniał mnie straszliwy ból. Może mieszkając samotnie od kilku lat zatraciłem już wszelkie ludzkie odruchy, a może moja więź z ojcem nie była na tyle silna, abym odczuwał teraz jej brak.

 

Prawdopodobnie nigdy nie doszłoby do tej podróży, gdyby nie mały, aczkolwiek charakterystyczny podpis, który zdobił kartkę papieru. Należał on do mojej matki. Kobiety o anielskim uśmiechu, którego nie straciła pomimo licznych cierpień, mogących nie jednego człowieka zaprowadzić do ciemnych lochów ludzkiej egzystencji.

 

Jako syn postanowiłem spełnić swój obowiązek wobec niej, będąc oparciem w sensie psychicznym jak i fizycznym, podczas uroczystości pogrzebowych. Jednak aby to uczynić musiałem wpierw dotrzeć do Bordeaux, gdzie mój ojciec ( a raczej jego ciało) miał udać się w swą ostatnią podróż.

 

Droga była jednak długa i bardzo nużąca, toteż postanowiłem zakpić sobie z mojego wroga jakim był czas, uciekając w krainę snu i fantazji. Za ten pełen pychy i pogardy plan, zostałem ukarany już owego wieczoru, o którym byłem łaskaw wspomnieć na początku.

 

Kiedy opróżniłem cała zawartość jedynej butelki z alkoholem, obserwując ciemny las, przez który mknęliśmy niczym diabelski rydwan, odczułem nagłą i bardzo silną potrzebę snu. Jako że wypiwszy cały dostępny trunek wyczerpałem limit uciech, przewidzianych na czas podróży, po krótkiej naradzie jaką przeprowadziłem sam ze sobą, uznałem, że jest to propozycja nie najgorsza, zważywszy na brak innych.

 

Opisywać nie będę, jakież to historie działy się w mej głowie po zamknięciu powiek, gdyż dostęp do tego opowiadania mogą mieć również i młodsze umysły, których czystość i niewinność mogłaby zostać poważnie naruszona, czego nikt z nas by nie chciał. Lecz nie smućcie się młodzieży, gdyż mogę was zapewnić, iż wydarzenia późniejsze były wcale nie gorsze. Na dowód tego, kontynuując nurt wspomnieniowy, muszę wyjawić, że sen przyjemny, chociaż krótki-został w brutalny sposób przerwany. Nie wiedziałem jak i dlaczego, ale nagle znalazłem się w dość niezręcznej sytuacji. Dwóch, prawdopodobnie miejscowych oprychów, postanowiło zadrwić sobie z obowiązującego prawa i nasycić swe puste, plebejskie żołądki, w czym miały im pomóc nasze sakiewki. Owszem, w młodości pobierałem lekcje, które miały mi pomóc właśnie w takich sytuacjach, jednak przyznaję, że pilnym uczniem nie byłem, a zamiast szpady i broni palnej, wolałem przechadzać się po parku z tomikiem poezji, co znacznie ułatwiało mi nawiązywanie bliższych kontaktów z młodymi panienkami.

 

Początkowo chciałem uciec się do swych zdolności negocjacyjnych, wyniesionych z czasów, gdy utrzymywałem się z drobnego handlu. Jednak druga strona, wykorzystując lśniące ostrze noża, które czule witało się z moim gardłem, dała mi delikatnie do zrozumienia , że nie jest zainteresowana jakimkolwiek, polubownym załatwieniem sprawy.

 

Chwilę później usłyszałem jakieś niewyraźne, stłumione dźwięki. Ich autorem był mój woźnica, Laurent. Ze związanymi rękoma i zakneblowanymi ustami wpadł do środka, pchnięty przez drugiego zbira, wielce ucieszonego zaistniałą sytuacją. Po chwili krótkiej ciszy, jeden z owych "dżentelmenów", którego wyraz twarzy potwierdzał moje obawy dotyczące jego inteligencji, zadał banalne pytanie, powszechne i niemalże zużyte już w środowisku ludzi z jego profesji.

 

- Gdzie macie pieniądze?

 

W tym momencie, na moje nieszczęście doleciał do mnie zapach, przy którym odór unoszący się w okolicach publicznych toalet, z czystym sumieniem można by nazwać najwyższej jakości perfumami. I chociaż byłem świadom, iż dłuższa wymiana zdań z tym człowiekiem, może skończyć się dla mnie utratą przytomności, nie mogłem się pozbyć ochoty, by wbrew temu, co wyniosłem z lekcji dobrego manier, odpowiedzieć pytaniem na pytanie.

 

- A skąd panowie wiedzą, że w ogóle je ze sobą mamy ?

 

Po wypowiedzeniu tych, poniekąd uszczypliwych słów, poczułem ostry ból w okolicach potylicy, na tyle silny, iż po raz kolejny tamtego wieczoru straciłem kontakt z rzeczywistością.

 

Do dzisiaj nie mogę ustalić, który ze zbirów uderzył mnie w głowę, ani jakim narzędziem się posłużył, wiem natomiast dzięki komu żyję i mogę spokojnie ( przynajmniej przy niektórych fragmentach), dzielić się swoimi wspomnieniami, zapisując kolejne strony tej przedziwnej historii.

 

Tym człowiekiem był ... no właśnie. Sam nie dostąpiłem tego zaszczytu, ażeby zobaczyć twarz mojego wybawcy, gdyż z nie-własnej woli znajdowałem się w stanie, który mi to uniemożliwił. Na szczęście mogłem liczyć na Laurenta, który pomimo tego, iż swoją przygodę z edukacją zakończył bardzo szybko, potrafił o dziwo w miarę jasno i zrozumiale posługiwać się słowem mówionym. Zawsze podejrzewałem go o to, że nocą- kiedy śpię, zagląda do mojej biblioteki i korzysta z jej dobrodziejstw. A tego, gdzie posiadł umiejętność czytania, dotąd się nie dowiedziałem. No cóż, każdy ma swoje tajemnice, nawet taki prosty, acz poczciwy chłopak jak Laurent.

 

Wracając jednak do tajemniczego człowieka, dzięki któremu uniknęliśmy śmierci z rąk parszywych łajdaków, co niewątpliwie dręczyło by moją duszę w zaświatach. Powołując się na relacje Laurenta, chwilę po tym jak straciłem przytomność ktoś wystrzelił z broni, a echo niosło się po całym lesie. Usłyszawszy to, jeden z oprychów wyszedł z powozu, aby sprawdzić czy przypadkiem nie pojawił się ktoś, kto chętnie dołączyłby do podziału łupu. Jednak ledwo zdążył wychylić głowę zza drzwi powozu, padł kolejny strzał, a kula trafiła go prosto w głowę. Widząc to, drugi łotr wyraźnie przestraszony rzucił się do ucieczki ale i jego dosięgła kula sprawiedliwości, tym razem przebijając klatkę piersiową. W powozie pozostał tylko Laurent, który nie wiedząc co go czeka, zaczął odmawiać modlitwę- na wypadek, gdyby przedwcześnie został wezwany do Stwórcy. Jednak jak pokazała przyszłość, obawy jego były bezpodstawne. Jak już wiecie, nic złego nie stało się ani mnie, ani mojemu woźnicy. I w tym momencie mógłbym już skończyć opowiadanie, gdyby nie pewien, dość istotny szczegół. Otóż "nieznajomy" w czasie, gdy wciąż odczuwałem skutki mocnego uderzenia, poprosił Laurenta, aby w zamian za uratowanie życia dostarczyć list do hrabiego Serville’a. Nie było powodu, aby mu odmówić, tym bardziej, że akurat tak się składało, że pan Serville mieszkał w okolicach Bordeaux, w mieście pod którego ziemią miały spocząć kości mego ojca.

 

Kiedy wróciłem do świata żywych, po wysłuchaniu powyższej historii, która miała miejsce podczas mojej "nieobecności", schowałem biała kopertę do kieszeni i nakazałem Laurentowi ruszać dalej.

 

Ciemność nadal niepodzielnie panowała na niebie, kiedy podjąłem decyzję na którą czekał zapewne z niecierpliwością Laurent. Sam nie ukrywałem radości, kiedy wśród wszechogarniającego mroku ujrzałem jasny promyk, będący-jak się później okazało- światłem bijącym z okien gospody „Wesoły byk". Podążając do drzwi wejściowych spostrzegłem dziwny przedmiot, który przekrzywiony, wbity w ziemię stał na straży. Zaintrygowany podszedłem bliżej, aby zaspokoić swoją ciekawską naturę. Jednak widok nie napełnił mnie uczuciem satysfakcji, ani nawet niczym zbliżonym. Zimny dreszcz przepełnił moje ciało, kiedym ujrzał dwa drewniane patyki, które posłużyły do wykonania symbolicznego krzyża. Dodatkowo, przybita została również do niego mała tabliczka, na której widniał niegdyś napis, a teraz tylko zamazane, niezgrabne litery. Widząc je, w głowie mej zrodziła się myśl, jakoby nie tylko uległy pod naporem czasu, ale również skrywały skrzętnie jakąś tajemnicę, o wydarzeniach mogących mieć charakter tragedii.

 

Choć początkowo nabrałem pewnych podejrzeń, dotyczących owej zacnej gospody, zaraz się ich wyzbyłem, gdy na przedzie moich myśli stanął głód, którego zaspokojenie było moim głównym celem.

 

Opisywać nie będę, to już mówię na wstępie, jak wyglądała owa gospoda, gdyż ani jej urok nie był na tyle silny, aby zostawić trwały ślad w mej ciężko naruszonej pamięci, ani opowiadanie nie zyska na tym nic, co wyrwałoby czytelnika ze szponów znudzenia.

 

Mogę natomiast powiedzieć, że gospodarz udzielił nam schronienia przed wszelkimi niebezpieczeństwami, które wyszły ze swych nor pod osłoną nocy, a za skromną opłatą, przyrządził iście królewski posiłek, choć do dziś się zastanawiam czy jego wyborny smak był zasługą kucharza, czy może najlepszej przyprawy jaką ludzkość zna- głodu.

 

W czasie wieczerzy, uciąłem z owym mężczyzną luźną pogawędkę na tematy wszelakie. Opowiedziałem o celu naszej podróży, a na wydarzenia wcześniejsze spuściłem zasłonę milczenia. I choć mój rozmówca wydawał się człowiekiem radosnym, to jednak uważny obserwator, a za takiego wówczas się uważałem, mógł dostrzec w jego oczach, będących niczym odzwierciedlenie duszy- wyraźny smutek, który domagał się uwolnienia, przyduszony pod maską uśmiechu. Opamiętawszy się w ostatniej chwili, kiedy już miałem zapytać się o stojący przy drodze krzyż, ugryzłem się w język i udałem się na spoczynek, by odbudować siły przed porannym wyjazdem. Podczas snu nawiedziły mnie przerażające wizje, których realne kształty wywołały u mnie stan bliski agonii. Instynkt podpowiadał mi, że istnieją silny związek między serdecznym gospodarzem, a krzyżem zapomnienia, który stał przed „Wesołym bykiem". Odkąd postanowiłem, że wyjaśnię tą sprawę dnia następnego, czarne widma opuściły krainę moich snów i całą noc mogłem rozkoszować się ciepłem i wygodą łózka.

 

Nazajutrz, po pożegnalnym śniadaniu, pośpiesznie zacząłem szykować się do wyjazdu, gdyż cel naszej podróży był jeszcze bardzo odległy, a czas płyną nieubłaganie. Laurent, nucąc wesołą melodię- jak gdyby zapomniał o wszystkim- czekał na mnie na zewnątrz. W tym pośpiechu, zapomniałbym prawie o nocnej przysiędze, którą złożyłem sobie, tudzież mrocznym zmorom. Stojąc w drzwiach i dziękując gospodarzowi za gościnę, chciałem sprytnie wpleść w potok słów- pytanie o krzyż- który budził we mnie coraz większy lęk. Jakże byłem naiwny myśląc, iż zdołam uzyskać odpowiedź, bez wywołania u tego człowieka zmiany nastroju. Kiedy usłyszał on moje pytanie, jego twarz nagle posmutniała, obnażając swoją prawdziwą naturę. Mężczyzna stał dłuższą chwilę w bezruchu, patrząc na mnie jak na wysłannika piekieł. Po chwili jednak, zaczął uśmiechać się nerwowo i wskazał drżącą ręką na dwa krzesła, lśniące na tle rozpalonego kominka, dając mi tym samym do zrozumienia, abym przygotował się na wysłuchanie dłuższej historii. Odwróciłem się w stronę Laurenta, która natychmiast zrozumiał zaistniałą sytuację, potwierdzając to skinieniem głowy.

 

Wciąż panowała niezręczna cisza, którą co raz zakłócał trzask palącego się drewna. Wreszcie gospodarz wybudził się ze swojego dziwnego stanu, który łagodnie można by nazwać oszołomieniem i zająwszy wygodnie miejsce rzekł:

 

- Przyznam, że w duchu modliłem się, aby nie pytał pan o ten krzyż. Chociaż płonne były to nadzieje, gdyż wyróżnia się on na tle mojej gospody i trudno, aby przejść koło niego obojętnie. Widok to powszechny na cmentarnej ścieżce, lecz tu ... . Wciąż nie mogę zapanować na swoimi emocjami, gdy przed oczami widzę obraz tragedii, która dotknęła tę okolicę i jej mieszkańców, włączając moją skromna osobę. Nadal jest tak żywy, jak gdyby nieszczęście to zawitało do nas dnia wczorajszego, chociaż minęło już tyle czasu... . Milcząc, chciałem uchronić pana i pańskiego towarzysza przed niebezpiecznym kontaktem z losem, który bywa często okrutny dla tego, kto zbudzi go niepotrzebnie ze snu. Jednak widocznie taka jest wola nieba, aby i pan dowiedział się o wydarzeniach, które na zawsze zmieniły naszą wioskę, niegdyś tak wesołą i tętniącą życiem, a dziś opustoszałą.

 

Był ponury, listopadowy wieczór. Rozszalała wichura wraz z obfitym deszczem sprawiły, że gospoda wypełniła się po brzegi. Ciepło, śpiewy i głośne rozmowy kontrastowały z ponurym widokiem, który można było zaobserwować za oknem. Wraz z pierwszymi błyskawicami, pojawił się u nas ten nieszczęśnik. Nazywał się Piotr Buval. Wesoły był to człowiek, rzekłbym nazbyt wesoły jak na te mroczne czasy. Lubił wypić i przy tym miał wiele ciekawych historii do opowiedzenia. Toteż nie zdziwiłem się, gdy w dość krótkim czasie zgromadził wokół siebie liczną gromadę, amatorów opowiadań i miodów pitnych.

 

Mimo, że roboty miałem za trzech, zdążyłem usłyszeć iż był on posłańcem pewnego możnego hrabiego, który powierzył mu bardzo ważne, a przy tym niebezpieczne zadanie. Z początku Piotr Buval nie chciał wyjawić, jakaż była to misja, jednak po chwili uległ namową zaciekawionych słuchaczy, którzy zgodzili się nawet uszczuplić swoje i tak skromne sakiewki, by zwilżyć podniebienie nowo poznanego przyjaciela- szlachetnym trunkiem. Jak się okazało, jego pan, dysponujący ogromnym majątkiem, znalazł zamiłowanie w kolekcjonowaniu wszelakich, drogocennych przedmiotów. Tym razem, po przestudiowaniu jakiś średniowiecznych zwojów, postanowił wejść w posiadanie srebrników, które rzekomo otrzymał Judasz Iskariota za zdradę Jezusa Chrystusa. Korzystając z dobrodziejstw kolejnych ksiąg, znalazł on informację, że do naszych czasów uchowały się tylko trzy takie monety, a nazwiska ich posiadaczy są zagadką i wielką tajemnicą. Odgrzebując stare znajomości i otwierając nader często drzwi do swojego skarbca, hrabia pokonał i tą barierę.

 

Przeszło rok czasu zajęło Buvalowi odnalezienie owych ludzi. Nie byli oni chętni, by pozbywać się swoich srebrników, jednak zaślepieni złotem, które Buval wysypywał u progów ich domów, zmieniali natychmiastowo zdanie. Nasz nieszczęśnik, po wykonaniu zadania, wracał pospiesznie do swojego pana. Będąc blisko celu, zatrzymany przez siły natury, wstąpił do naszej gospody.

 

Po wysłuchaniu tej historii, czułem podświadomie, iż jego gadulstwo może skończyć się dla niego bardzo źle. Nazajutrz, tak jak prosił mnie Buval, przyszedłem do jego pokoju wczesnym rankiem, by zbudzić go ze snu i podać gorący posiłek. Pukałem do drzwi, jednak w odpowiedzi usłyszałem głuchą, niepokojąca ciszę. Kiedy spostrzegłem, że drzwi są uchylone, postanowiłem je otworzyć. Obraz, który ujrzałem, do końca życia będzie mnie prześladować jak cień. Z łózka przesiąkniętego krwią, zwisała ludzka ręka. Kiedy pokonawszy strach podszedłem bliżej, ujrzałem martwą twarz Buvala, z której wraz życiem zniknął charakterystyczny uśmiech.

 

Policja prowadząca śledztwo ustaliła, iż było to morderstwo na tle rabunkowym, czego dowodem miała być pusta i rozszarpana sakiewka, znaleziona przy nieboszczyku. Sprawców nie znaleziono, przynajmniej żywych. W jakiś czas później odbył się pogrzeb Buvala na pobliski cmentarzu. Uroczystość odbyła się w obecności mojej, kilku mieszkańców oraz miejscowego proboszcza, księdza Piroux.

 

Trzy dni po pogrzebie doszło do kolejnego morderstwa. Tym razem znaleziono zwłoki trzech mężczyzn, którzy owej, feralnej nocy w gospodzie, słuchali namiętnie opowieści Buvala. Policja podejrzewała, iż były to ciała jego morderców, a ich śmierć odczytywano jako akt zemsty. We wsi zaczęły krążyć zabobonne teorie, mówiące o duchach, które można jedynie tłumaczyć prostotą umysłów.

 

W jakiś czas później odwiedziłem naszego proboszcza, który podjął decyzję o zmianie parafii. Chciałem się z nim pożegnać i podziękować za dotychczasową posługę. Nie ukrywam, że pragnąłem również dowiedzieć się, czy ostatnie, tragiczne wydarzenia miały decydujący wpływ na jego decyzję. Duchowny wzbraniał się bardzo, by wyjawić mi prawdę, tłumacząc się decyzjami wyżej hierarchii kościelnej. Jednak pod naporem sumienia, wyjawił mi, iż był świadkiem zmartwychwstania. Proboszcz jak to często miewał w zwyczaju, tuż przed snem przechadzał się po cmentarzu, kiedy ujrzał rozkopany grób Buvala. W otwartej trumnie brakowało jednak ciała. Biedak nie zdążył jeszcze pozbierać myśli, gdy następnego dnia znaleziono martwe ciała mężczyzn, którzy prawdopodobnie zamordowali posłańca i obrabowali go ze srebrników. Na koniec, ksiądz Piroux uczynił znak krzyża, poklepał mnie po ramieniu. Nie wiedziałem wtedy nawet, iż widzę go po raz ostatni.

 

Kiedy we wsi rozpowszechniła się plotka, jakoby duch zmarłego Buvala przechadzał się po okolicy, za proboszczem podążyli kolejni mieszkańcy.

 

Jak pan zdołał zauważyć, gospoda świeci dziś pustkami, chyba, że zjawi się jakiś nieświadomy podróżnik, pragnący znaleźć schronienie, w tym- jak to mówią- przeklętym miejscu".

 

 

Po wypowiedzeniu ostatnich słów, gospodarz popadł w stan melancholijnej zadumy. Jego wzrok utkwił w blasku rozgrzanego kominka, jak gdyby chciał spalić w nim swoje wspomnienia. Uznałem, że nie będę się już pastwił nad tym zbolałym człowiekiem i szanując jego prywatność, wyszedłem bez słowa na zewnątrz, gdzie czekał na mnie zmarznięty Laurent. Kiedy odjeżdżaliśmy, zapragnąłem ostatni raz rzucić spojrzenie na „Wesołego Byka". Pchnięty jakąś niewytłumaczalną mocą, wzrok mój skierowałem na posępny krzyż. Ujrzałem obok niego mężczyznę, który z delikatnym uśmiechem na twarzy machał nam na pożegnanie. Z każdym kolejnym stukotem kopyt, jego postać powoli nikła, aż w końcu całkowicie się rozpłynęła. Uznałem to za przewidzenie, które mogło wynikać z silnych przeżyć, jakich doświadczyłem w ostatnim czasie. Chcąc znaleźć ukojenie w oparach tytoniu, którego szukałem po kieszeniach, przypadkiem trafiłem, a zarazem przypomniałem sobie o białej kopercie dla hrabiego Serville’a. Wyjąłem ją na tyle niezgrabnie, iż cała jej zawartość wypadła na podłogę. I nim zdążyłem się schylić, przeszył mnie dreszcz, gdy do mych uszu dotarł dźwięk monet.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,328266388,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

"I nastała ciemność"

niedziela, 10 października 2010 18:37
1   

    Bohaterem tego krótkiego opowiadania jest Francois de Auverille, znany niegdyś, niezwykle poczytny literat. Jego utwory cenione były w całej Francji, a nawet poza jej granicami rozbudzały wyobraźnię, zarówno młodych jak i dojrzałych pasjonatów literatury. Jego oryginalny styl i lekkość z jaką przelewał myśli na papier, sprawiły, że nawet najwięksi krytycy musieli, wbrew swojej zawistnej naturze, uznać jego talent . Dlatego też stał się jednym z najbardziej cenionych pisarzy swego okresu. A warto nadmienić, iż miał on w owym czasie liczną konkurencję.
    Jednak sukces zawodowy nie szedł w parze z sukcesem prywatnym. De Auverille poślubił młodą, piękną, początkującą poetkę. Po roku czasu, na świat przyszła ich córka- Madelaine, która wyrosła na równie uroczą damę jak jej matka, której niestety nie było dane tego zobaczyć. Biedaczka zmarła przy porodzie, nie przeżywszy dwudziestu trzech wiosen. Od tego momentu de Auverille, całą swoją miłość przelał na córkę. Dbał o to, aby jej życie, było usłane różami, które może i jemu miały pomóc choć trochę ukoić ból, po stracie  ukochanej. W przerwach między wychowywaniem córki, nasz bohater wciąż ciesząc się płodnością twórczą starał się rozwijać swój dorobek literacki. Jednak jak to życiu bywa, słodycz przeplata się z goryczą. Kiedy na twarzy de Auverille’a powrócił uśmiech, okrutny los postanowił znów z niego zadrwić.
    Pewnego dnia, po powrocie do domu, pisarz zastał swoją córkę, leżącą na podłodze, bez jakichkolwiek oznak życia. Przerażony, czym prędzej sprowadził pomoc. Choć na szczęście Madelaine musiała jeszcze poczekać, by utulić swą matkę w niebiosach, to opinia lekarza, mocno przybliżała tą perspektywę. Biedne dziecko zapadło w śpiączkę, a najznakomitsi doktorzy medycyny rozkładali bezradnie ręce nad jej przypadkiem. Wszyscy jak jeden mąż orzekli, iż nie przeżyje ona więcej niż dwóch miesięcy. Nie jestem w stanie opisać słowami poziomu rozpaczy, która zawładnęła sercem jak i umysłem naszego poczciwego de Auverille’a. Odtąd każdy jego dzień był przepełniony modlitwą, która zdawała się być ostatnią deską ratunku. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać.

2

    Pewnego pochmurnego dnia, do drzwi de Auverille’a zapukał zesłaniec niebios, tak przynajmniej pojmował to nasz bohater. Zarośnięty, lekko przygarbiony mężczyzna w średnim wieku przedstawił się jako Maximilian de Mon . Po dłuższej wymianie zdań okazało się, iż przybysz był wędrowcem, niegdyś trudniącym się leczeniem „niekonwencjonalnym”. Będąc w mieście usłyszał o nieszczęściu, które zawisło na domem de Auverille’a i postanowił zaoferować swoje skromne usługi. Z początku pisarz patrzył na niego nieco nieufnym wzrokiem, lecz jakaś dziwna siła sprawiła, że im dłużej trwała ich rozmowa, tym bardziej tajemniczy lekarz zyskiwał jego zaufanie. Na koniec poprosił o czas do namysłu, którego de Mon mu nie odmówił. Stwierdził, iż zostaje w mieście jeszcze trzy dni i do tego czasu będzie czekał na odpowiedź, w gospodzie prowadzonej przez zacnego Laurenta Bignota.
    Tego samego wieczoru de Auverille, przy towarzyszącej mu butelce czerwonego wina przeglądał notatnik, w którym znajdowały się nazwiska najwybitniejszych specjalistów z dziedziny medycyny, chodzących po ziemi francuskiej. Ze smutkiem stwierdził, iż przy każdym widnieje krzyżyk, co oznaczało w praktyce, że każdy uczony był bezradny przy ustaleniu choroby Madelaine, a co dopiero przy jej wyleczeniu. Nasz bohater doszedł do wniosku, że nie ma już nic do stracenia i przyjmie następnego dnia propozycję pomocy ze strony pana de Mon. Jak pomyślał, tak też zrobił i rano kazał posłać po tajemniczego medyka, który przybył na miejsce dwa kwadranse później.
    Po dokładnym zbadaniu Madelaine, rzekł : „ Choroba zaiste jest poważna i zdążyła mocno się rozwinąć, jednak przynoszę panu dobrą nowinę, panie de Auverille. Pańska córka będzie żyć i to jeszcze bardzo długu. Opatrzność musiała chyba czuwać, gdyż mam przy sobie leczniczą miksturę. Jest to mieszanka ziół przywiezionych przeze mnie z podróży po Italii”. Potem de Mon dokładnie poinformował uradowanego ojca o szczegółach podawania tego leku, który miał zadziałać w przeciągu tygodnia.
„ Zjawię się za siedem dni, by ujrzeć jak pańska córka powraca do świata żywych”.


3
   
    Pomimo początkowej radości de Auverille wciąż musiał walczyć z negatywnymi myślami, które mocno wątpiły w skuteczność ziół leczniczych. Zdenerwowany czuwał dzień i noc przy łóżku swojej ukochanej Madelaine, czekając na chociażby minimalne oznaki powrotu do życia. Kiedy minęły trzy dni, przerażony stwierdził, iż jej stan nie uległ żadnej poprawie. Początkowo zastawiał się, czy aby na pewno zastosował się dokładnie do poleceń de Mona, a pod koniec tych rozważań doszedł do wniosku, iż tajemniczy lekarz jest tylko zwykłym oszustem, który wlał w jego serce nadzieje, będącą w rzeczywistości trucizną.
    Mrok już całkowicie zawładnął umysłem de Auverille’a lecz dnia szóstego, niespodziewanie mieszkanie pisarza znów wypełniło się radością. Kiedy odchodzący od zmysłów ojciec zauważył jak delikatne paluszki córki próbowały-nieskutecznie- poderwać dłoń, aby oznajmić światu swoje zmartwychwstanie, wpierw pomyślał, iż w tym całym nieszczęściu stracił nie tylko nadzieję lecz również rozum. Choć umysłem wciąż nie dowierzał w ogrom szczęścia, które niebiosa zesłały na  ten dom i poczciwych mieszkańców, to na szczęście serce i płynąca z niego miłość pozwoliły przekroczyć granice ludzkiego intelektu i cieszyć się ponownymi "narodzinami" ukochanej Madelaine.
    Ojciec i córka znów byli razem, a niepocieszona kostucha musiała ponownie wyruszyć na łowy, aby wyprawić swą mogilną ucztę.  

4

    W jakiś czas później, de Auverille wyprawił przyjęcie, którego rozmiary były idealnym wyrazem przepełniającej go radości. Pisarz zapragnął podzielić się swym szczęściem i dobrą nowiną z innymi, stąd też zadbał o to (niekiedy osobiście) aby najznakomitsze umysły i najszlachetniejsze serca otrzymały zaproszenie. Choć wybitne nazwiska zdobiły piękną listę gości, zabrakło pośród nich jednego, choć najważniejszego.
    Kiedy w posiadłości naszego bohatera, zabawa powoli dobiegała końca, o czym mogli poświadczyć jej uczestnicy, którzy odkrywali ciemną stronę upojenia, dźwięk skrzypiącej bramy zwiastował przybycie jeszcze jednej postaci.
    Nie wywołam chyba wielkiego zaskoczenia jeśli wyjawię, iż tą tajemniczą osobą był Maximilian de Mon, który zgodnie z obietnicą przybył po siedmiu dniach. Kiedy de Auverille, będący w stanie mocno utrudniającym normalne funkcjonowanie umysłu, spostrzegł oblicze swojego wybawcy, twarz jego pokryła się czerwienią, kolorem, który obnażył poczucie wstydu przed całym światem i szybko przywrócił go do świata trzeźwości. Wtedy uprzytomnił sobie, iż zachował się jak niewdzięcznik, który przekroczywszy bramy niebios, zapomniał o tym kto go przez nie przeprowadził. Chcąc jednak szybko odpokutować za swoje winy, pisarz ugościł de Mona i przy akompaniamencie mocniejszego trunku oraz najlepszego mięsiwa, wygłaszał litanię dziękczynną na cześć niezwykłego medyka-podróżnika. Kiedy obaj zaspokoili swój głód i pragnienie, de Auverille stwierdził:

    - Słowa słowami, ja jednak chciałbym zrobić coś dla pana,  chociaż wiem, że nie ma na tym świecie żadnej rzeczy, która mogłaby być godnym podziękowaniem za to, co zrobił pan dla mojej rodziny

    W oczach De Mona pojawił błysk, który wydawać by się mogło zdradzał chciwą naturę człowieka, skrzętnie ukrywaną pod płaszczem filantropii. Jednak jego odpowiedź, która brzmiała niczym zrodzona z czeluści piekielnych, nie mogła paść z ust zwykłego śmiertelnika.

    - Drogi panie Auverille. Muszę pana pocieszyć. Otóż istnieje coś, co w zupełności wystarcza do tego, aby odwdzięczyć mi się za mój skromny uczynek.

    Uradowany pisarz, pospiesznie wypełnił winem, pusty już kielich de Mona, zachęcając tym samy gościa do kontynuacji rozpoczętego wątku.

    - Kiedy pańska córka zapadła w śpiączkę, siedział pan przy jej łóżku dzień i noc. Modląc się gorliwe wypowiedział pan też słowa " oddam wszystko, aby tylko Madelaine wyzdrowiała".

    Po tych słowach, de Auverille nie kryjąc swojego zdziwienia, zmarszczył czoło i zaczął zastanawiać się, skąd podróżnik wiedział o treści modlitwy. Po chwili jednak pomyślał sobie " pewnie musiałem mu kiedyś opowiedzieć" i dalej słuchał swojego gościa

    - Jeśli mogę dokończyć- stwierdził widząc jak pisarz popadł w chwilową zadumę- przyszedłem, aby wypełnił Pan swoje zobowiązanie

    - Panie de Mon, niech pan nie będzie taki tajemniczy, proszę mówić konkretnie, cóż to jest ?- spytał z uśmiechem na twarzy de Auverille.

    - To pańska dusza

    W tym momencie pisarz roześmiał się tak głośno, iż było go słychać w całej posiadłości. Przy okazji rozbił kilka dzbanów wypełnionych szlachetnym trunkiem. De Mon obserwował go ze stoickim spokojem, czekając, aż gospodarz wyjdzie z tego stanu i zda sobie sprawę z powagi sytuacji. I kiedy wreszcie nadszedł ten moment, zaległa cisza, która wywołałaby ciarki nawet na ciele nieboszczyka. Przerwał ją de Auverille, głośnym chrząknięciem, po czym z pełną powagą rzekł:

    - Powtórzę jeszcze raz, iż jestem panu dozgonnie wdzięczny za uratowanie mojej córki i nadal chcę się panu odwdzięczyć, jeśli jednak zamierza pan wciąć powtarzać te brednie o mojej duszy, będę zmuszony pana wyprosić z mego domu, gdyż słowa te godzą we mnie w w moją wiarę.

    De Mon zwilżył usta czerwonym winem i z drwiącym uśmiechem odrzekł:

    - W takim razie opuszczę ten dom, jednak proszę pamiętać, że wrócę tu jeszcze po swoją...
   
    - Jeśli pan mi grozi ...

    - Ależ skąd, tylko ostrzegam

    W chwilę później de Mon przekroczywszy bramę zniknął we mgle, a de Auverille, uległ pod naporem zmęczenia i pogrążył się we śnie.
    Następnego ranka, gdy otworzył oczy powitał go silny ból głowy, a zaschnięte gardło prosiło o choćby kilka kropel wody. Kiedy de Auverille wreszcie stanął na nogi, wspomnienie ostatniej rozmowy powróciło jak senny koszmar. Zaczął się wtedy zastanawiać, czy to wydarzenie miało naprawdę miejsce, czy też było wytworem jego wyobraźni. Przepytawszy pozostałych gości o de Mona, uspokoił się, gdyż nikt go nie widział tamtej nocy. Pisarz odetchnął z ulgą i zarzekł się, że nigdy już nie wypije większej ilości alkoholu.
  

5

     Kolejny rok de Auverille poświęcił na pisanie powieści, w międzyczasie obserwując postępy, które czyniła Madelaine pod okiem wybitnych nauczycieli. Ojciec i córka nigdy nie byli sobie bliżsi, a wspomnienia o de Monie zostały zatarte. Następne miesiące przyniosły wiele zmian w niespokojnej politycznie Francji. Ogólne niezadowolenie plebsu przerodziło się w wielką rewolucję, a sympatycy monarchii nie mogli odtąd spać spokojnie. Wśród nich był nasz de Auverille, który znalazł się na specjalnej liście, znanych osób, wrogo nastawionych wobec nowych władz.
    Kiedy pewnego dnia otrzymał wiadomość, od swego przyjaciela z dawnych lat, który był wysoko postawionym urzędnikiem państwowym, zrozumiał, iż ucieczka jest jedynym rozwiązaniem, wobec wielkiego niebezpieczeństwa.
    Spakowawszy najcenniejsze rzeczy, wsiadł z Madelaine i służącym i udał się na wymuszoną podróż, której koniec miał mieć miejsce w sąsiedniej Hiszpanii. Niestety, mimo, iż woźnica robił co mógł, unikając znanych i kontrolowanych dróg, tuż przy granicy zostali zatrzymani przez patrol policyjny.
    Kilka dni później de Auverille usłyszał wyrok, skazujący go na śmierć przez ścięcie na gilotynie, za sympatie królewskie i spisek wobec nowych władz, co było oczywistym absurdem, choć w tamtym czasie nie miało to żadnego znaczenia.
    Wyrok został wykonany dzień później. Pośpiech ten można tłumaczyć chęcią uniknięcia ewentualnych skarg listów od znanych przyjaciół de Auverille'a, co znacznie utrudniło by sprawę. W dniu egzekucji, pisarz wstępując na schody śmierci, ujrzał posępne oblicze kata, który czekał by przelać kolejną niewinną krew. De Auverille był nadzwyczaj spokojny. Myślał tylko o Madelaine, która znalazła schronienie u sióstr w zakonie św. Piotra w małej miejscowości pod Lyonem.
    Kiedy stanął przed gilotyną, zwrócił się do ubranego na czarno mężczyzny obok:

    - Kacie, czyń swą powinność

    I uklęknął, dumnie czekając na pocałunek śmierci. Kątem oka spostrzegł jednak, jak jego oprawca zdejmuje maskę, by ukazać swe oblicze. De Auverille ujrzał twarz de Mona, a ostatnie słowa, które usłyszał w swym życiu, padły z jego ust:

    - Tylko dusza jest nieśmiertelna, a twoja należy do mnie...

    I nastała ciemność...

    

Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,6478005,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 17 maja 2012

Licznik odwiedzin:  205 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Archiwum

O moim bloogu

Wiersze, opowiadania, może coś jeszcze...

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 10.10.2010 19:47:48
  • autor: jasielo.
  • treść: pozdrawiam...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 205
(wersja testowa)
Punkty konkursowe: 0
Bloog istnieje od: 585 dni

Lubię to